poniedziałek, 25 stycznia 2010

mój pierwszy raz...

Jak pisali w Bravo (ciekawe, gdzie ono się podziało?, co teraz czytają zbuntowane nastolatki?) - ten pierwszy raz powinien być wspaniały. Tymczasem życie pokazuje, że jest inaczej. Dopiero kolejne razy bywają wspaniałe i warte zapamiętania. Tak jest z moim pierwszym wpisem :)
Od jakiegoś czasu silnie przeżywam rozstanie z byłym, który nadal jest obecny...
Miałam nadzieję, że nie będzie awantur i kwasów, chciałam się z B. dogadać, jakoś tak mi się mżyło, że jesteśmy cywilizowanymi ludźmi, którzy po wygaśnięciu najgorętszych emocji będą w stanie ze sobą porozmawiać. Nie mam dokumentów do separacji, co ona daje? To, że do każdej pierdołki, każdej rzeczy związanej z jakimiś pieniędzmi jest mi potrzebny B. podpis, czyli jego trzeźwość plus dobra wola plus kursowanie S-C. Nawet rodzinnego, nie da się załatwić bez jego kilku podpisów. To jest uciążliwe i męczące. Czasem trzymam się poręczy, by do niego nie wrócic, wtedy zawsze okazuje sie, że nie ma powrotu. To nie jest lista warunków, zdrowy rozsądek, którego mi brakowało przez ostatnich kilka lat, podpowiada, że B. powinien nie pić,powinien zarabiać, być osobą na której można polegać. Rozumiem, że jest mu ciężko i że ogólnie do pracy się nie nadaje, ale czy np. robi coś wkierunku żeby dostać rentę? Dla mnie to już nie chodzi o jakieś uczucie, bo uczucia przychodzą i odchodzą, ale na możliwość wzajemnej pozytywnej relacji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz